Każdy człowiek, bez względu na wykształcenie, zawód i pozycję społeczną, ma takie samo prawo do wyrażania swoich poglądów w dowolnej dziedzinie życia, również w sprawach politycznych. Może więc aktywnie popierać dowolną partię i zachęcać wszystkich do głosowania na nią, a także zniechęcać wyborców do innych, które mu się nie podobają.
        Więcej wolno jednak wymagać w kwestii politycznego zaangażowania, a zwłaszcza jego formy od profesora i to tak szacownej uczelni jaką jest Uniwersytet Jagielloński, niż od kogoś o niższym statusie społecznym. Dlatego też w bezbrzeżne zdumienie wprawił mnie bardzo ostatnio popularny w mediach głównego nurtu, a reprezentujący Alma Mater Jagiellonica prof. Jan Hartman, który pozwolił sobie po ogłoszeniu ostatniego sondażu poparcia dla partii politycznych na poniższy komentarz na Twitterze:
           "1/3 Polaków chce głosować na PiS. Głupi Polak po szkodzie, a po prawdzie i przed szkodą głupi. Tusku, k...a, zrób coś! Obiecaj ludziom lody albo co."
          Ileż w tych słowach - pomijając nieprzystojący profesorowi wulgaryzm, nawet jeśli jest wykropkowany - pogardy dla współobywateli. I nie chodzi mi bynajmniej o przytoczenie starego przysłowia, które nb. bardzo często sprawdza się w naszym życiu publicznym, ale o kończące wpis zdanie, z którego jasno wynika, że specjalizujący się w etyce akademik, a zarazem niedoszły poseł z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz członek rady polityczno-programowej tegoż ugrupowania traktuje Polaków jako stado bezwolnych idiotów, któremu wystarczy byle jaka obietnica rządzących, aby w te pędy zagłosowali na nich po raz kolejny.
          Wypowiadając się w ten sposób prof. Hartman dokłada już nie cegiełkę, ale potężny kamień do dzieła niszczenia debaty publicznej, nad której niskim poziomem tak często sam ubolewa w prasie, radiu i telewizji. To, że wystawia sobie jak najgorsze świadectwo stanowi jego problem, ale ponieważ jest on powszechnie kojarzony ze światem nauki, a zwłaszcza z najstarszym polskim uniwersytetem, ten ordynarny komentarz obliguje mnie do wyrażenia - jako absolwenta UJ - głębokiej dezaprobaty, którą najlepiej wyrażają chyba słowa pradawnej łacińskiej sentencji: "O tempora, o mores!" (w wolnym przekładzie: "co za czasy, co za obyczaje!").
          Jeśli profesor i w dodatku filozof daje taki przykład (a reprezentowana przezeń profesja jest wciąż na czołowym miejscu w rankingu zawodów cieszących się największym poważaniem Polaków) w zakresie prowadzenia dialogu społecznego i redukuje ludzkie potrzeby wyłącznie do sfery konsumpcji, to mało co może mnie już zadziwić w naszym życiu publicznym, które - jak powiedział kiedyś dosadnie, acz trafnie nie będący profesorem lecz mężem stanu  marszałek Józef Piłsudski - przypomina coraz bardziej wychodek niż salon.