Po wyborach do Parlamentu Europejskiego nastroje są takie, jak po każdych wyborach: jednym radość, drugim smutek. Pierwsi cieszą się z okazanego im przez elektorat poparcia, drugich martwi jego brak. Normalne reakcje uradowanych i zawiedzionych kandydatów, niewarte komentarza.
W powyborczym remanencie zdarzają się jednak też takie wypowiedzi przegranych, które przekreślają ich w moich oczach jako odpowiedzialnych polityków. Wygłaszają je nader chętnie obecni parlamentarzyści, którzy zapragnęli w połowie kadencji przenieść się z Warszawy do Strasburga, ale ponieśli klęskę. Z ich słów jasno wynika, że obecności - z woli wyborców - na ulicy Wiejskiej wcale nie uważają za sukces i zaszczyt. Okazuje się, że szczytem ich marzeń jest mandat europarlamentarzysty (a może związana z nim dieta?).
Zamiast pochylenia z pokorą głowy i złożenia solennej obietnicy, że będą nadal rzetelnie pracować na powierzonym im głosami rodaków ważnym miejscu, krzywią się z powodu porażki w wyścigu do PE. Czyżby uważali bycie eurodeputowanym za coś ważniejszego, bardziej prestiżowego niż piastowanie mandatu polskiego parlamentarzysty?
Nigdy nie podobało mi się, kiedy politycy w trakcie trwania kadencji jednych władz ustawodawczych, w których uczestniczyli, decydowali się na kandydowanie do innych. Dlatego też od 1989 roku nie głosowałem na takie osoby, choćby nawet były bliskie mojemu sercu z racji poglądów bądź przynależności partyjnej. W przeciwieństwie do nich poważnie traktuję bowiem przyjęte na siebie zobowiązania, zwłaszcza potwierdzone werdyktem wyborców.



A europejskość, obok zwyczajnej, codziennej polskości, to nobilitacja. Polak - Europejczyk, to osobistość rzędu Szopena, Mickiewicza, Paderewskiego.
Snobizm jest naszą słabością. A do tego jeszcze dutki.